Aktualności

fot. Daniel Malak
26 Listopada
2015

Joanna Olczak-Ronikier tegoroczną laureatką Nagrody Miasta Kraków

24 listopada 2015 roku prezydent Jacek Majchrowski podczas uroczystości w Sali Obrad Rady Miasta wręczył Nagrody Miasta Krakowa. Laureatką nagrody w dziedzinie kultura i sztuka została wybitna pisarka, scenarzystka i współzałożycielka Piwnicy Pod Baranami, Joanna Olczak–Ronikier.

Nagrody Miasta Krakowa przyznaje Prezydent Krakowa na mocy uchwały RMK w uznaniu wybitnych osiągnięć i dokonań, mających związek z miastem. Mają one wieloletnią tradycję – po raz pierwszy zostały przyznane w 1530 roku.

W tym roku komisja pod przewodnictwem prof. dra hab. Andrzeja Białasa przyznała Nagrody także: Marianowi Dziędzielowi, prof. Jerzemu Kuci, Bronisławowi Majowi oraz prof. Adamowi Wsiołkowskiemu.

Joanna Olczak – Ronikier jest m.in. laureatką nagrody literackiej Nike (2001 rok) za książkę W ogrodzie pamięci oraz Nagrody Klio i Nagrody im. Jerzego Turowicza za książkę Korczak. Próba biografii. Jej najnowsza książka Wtedy. O powojennym Krakowie ukazała się nakładem Znaku w październiku tego roku pod patronatem Krakowa Miasta Literatury UNESCO.

 

Wtedy. O powojennym Krakowie - Joanna Olczak-Ronikier

 

Fragment najnowszej książki Joanny Olczak-Ronikier Wtedy. O powojennym Krakowie opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.
Copyright: Znak
Źródło: www.instytutksiazki.pl

Czynszowa kamienica przy ulicy Krupniczej 22, zbudowa­na w 1911 roku wedle projektu Henryka Lamensdorfa, mia­ła trzy piętra, dwie oficyny i dramatyczną przeszłość, o której w roku 1945 nikt nie wiedział albo wolał nie wiedzieć. Należała przed wojną do adwokata Adolfa Liebeskinda i jego żony Hele­ny z Hochstimów. Znajdujące się tam lokale do wynajęcia mia­ły całkiem przyzwoity, choć nie luksusowy standard. Na każdym piętrze, na wprost drewnianych schodów, umieszczone były we wnęce ogromne kryształowe lustra, pod nimi wyściełana ławecz­ka dla odpoczynku. Po obu stronach schodów dwa mieszkania, do których prowadziły kunsztownie profilowane drzwi. Miesz­kania miały podobny rozkład. Pośrodku długi korytarz. Po jed­nej stronie korytarza – trzy połączone ze sobą pokoje z oknami na ulicę. Na wprost wejścia – jeden z własną malutką łazienką. Po drugiej stronie kuchnia i druga, duża łazienka, czyli tak zwa­ny pokój kąpielowy, z oknami na podwórze. Na parterze rozlo­kowały się sklepy. Mieściła się tam między innymi kawiarenka, w której sprzedawano bardzo dobre kremówki.

Właściciele domu mieszkali przy ulicy Sarego, a na Krup­niczej wynajmowali lokal swoim krewniakom: doktor Liebeskindowa miała tam gabinet chorób dziecięcych, doktor Salo Liebeskind leczył choroby kobiece. Telefonowało się do niego pod numer 143–91.

We wrześniu 1939 roku, po wkroczeniu Niemców do Polski, Kraków stał się stolicą Generalnego Gubernatorstwa. W najład­niejszej, zachodniej części miasta utworzono niemiecką dziel­nicę mieszkaniową. Dzielnica objęła także Krupniczą, nazwaną Albrechtstrasse. Polacy musieli się stamtąd wyprowadzić. Żydzi w pierwszej fazie prześladowań skazani zostali na wysiedlenie z Krakowa, później ci, którzy zostali, na przeniesienie do get­ta w Podgórzu. Żydowskie firmy i nieruchomości przejął nie­miecki zarząd powierniczy.

Taki los spotkał kamienicę pod numerem 22. Niemcy zare­kwirowali ją w roku 1942 i przerobili na hotel dla pracowników urzędu naftowego. Podzielono mieszkania na osobne „hotelowe numery”, zlikwidowano kuchnie, zyskując w ten sposób dodat­kowe pokoje. Sklepy na parterze połączono w jeden ciąg, two­rząc długą jak kiszka jadłodajnię dla hotelowych gości. Ciemne boazerie, ciężkie stoły, dębowe loże i lawy pod ścianami two­rzyły klimat bawarskiej Bierstuby.

Rosjanie, wkroczywszy do Krakowa, zakwaterowali w opusz­czonym przez Niemców budynku oddział wojska. Dzięki szybkiej orientacji i energii młodego pisarza Tadeusza Kwiatkowskiego, a także dzięki staraniom Kazimierza Czachowskiego – krytyka literackiego i Adama Ważyka – poety, wtedy oficera polityczne­go I Armii Wojska Polskiego, dom, jako „mienie pożydowskie”, przejęty został na siedzibę oddziału krakowskiego Związku Za­wodowego Literatów Polskich. Żołnierze rosyjscy poszli na Berlin, a organizatorzy wprowadzili się natychmiast do opustoszałego wnętrza, dzięki czemu ocalili przed szabrownikami bezcenne wówczas dobra: meble i wyposażenie jadłodajni. Tak powstał azyl dla bezdomnych pisarzy z całej Polski. Nikt nie dociekał, co się stało z przedwojennymi właścicielami.

Do dyspozycji było kilkadziesiąt pokoi, zaopatrzonych w ele­mentarne hotelowe sprzęty: tapczany, stoły, krzesła, szafy. W piwnicach zostało sporo węgla, wystarczało na opalanie ka­flowych pieców. Brak kuchni na piętrach nie przeszkadzał, bo na dole uruchomiono stołówkę, w której zaczęło się skupiać ży­cie mieszkańców. Na pierwszym piętrze zorganizowano biuro Związku. Mieścił się tam sekretariat, gabinet prezesa, bibliote­ka i pokój gościnny. Prezesem został Kazimierz Czachowski, sekretarzem – Tadeusz Kwiatkowski, sekretarką – Maria Bielicka. Czymś w rodzaju intendenta był Zygmunt Fijas, zdolny satyryk, obdarzony niezwykłym talentem organizacyjnym, któ­ry zdobywał dla przybyszy odzież, buty, lekarstwa, zapomogi.

Codziennie w biurze pojawiał się ktoś o bardziej lub mniej znanym nazwisku z prośbą o ratunek. Potrzebujących dachu nad głową było znacznie więcej niż miejsc. Kwiatkowski z Fijasem dwoili się i troili, by wszystkich pomieścić. Było to kar­kołomne zadanie. Podzielone przez Niemców mieszkania może i nadawały się na hotel, ale nie na dłuższe bytowanie. Sowiecki model „komunałki” wydawał się polskim inteligentom czymś od­stręczającym. Ale nie było rady. Ludzie przyjmowali z wdzięcz­nością nawet pozbawione WC klitki służbowe w oficynach, co skazywało na stukanie do cudzych drzwi i żenujące pytania, czy można skorzystać z toalety. Przydzielano przechodnie pokoje zaprzyjaźnionym rodzinom, co narażało przyjaźń na ciężkie próby.

Tam, w piątek 16 marca 1945 roku, przywędrowała moja matka. Poproszono, żeby usiadła, na pewno poczęstowano her­batą. Ludzkie ciepło, żar rozgrzanego kaflowego pieca, poczu­cie ulgi, że nie jest już skazana na własne siły – wszystko to było szczęściem. Z kim zaczęła rozmowę? Tadeusz Kwiatkowski miał dwadzieścia pięć lat, ale był już maniackim miłośnikiem książek, autorem powieści Lunapark, która wkrótce miała się ukazać, podczas okupacji wydawał konspiracyjny „Miesięcznik Literacki”, siedział w niemieckim więzieniu na Montelupich za udział w krakowskim życiu kulturalnym. Wiedział o istnieniu wydawnictwa Mortkowicza, ucieszył się, że córka i żona wydaw­cy ocalały, wysłuchał opowieści o tym, jak po powstaniu war­szawskim trafiły do podkrakowskiej wsi i o zagubionym podczas wojennych perypetii dziecku, czyi o mnie.

A może opowiedziała o swoich przejściach komuś innemu? Biurowe pomieszczenia zawsze były pełne ludzi. Wpadano tam z prośbą o podpis na jakimś dokumencie, ze skargą, że na po­dwórku grasują szczury, z pytaniem, jak zdobyć dodatkową po­duszkę. Albo po prostu pogadać. Niewykluczone, że właśnie tego piątku zajrzał tam Jerzy Andrzejewski albo Stefan Otwinowski, także uchodźcy z Warszawy, zakwaterowani na Krupni­czej. Obaj – członkowie zarządu. Może sam prezes – Kazimierz Czachowski?

Wszyscy byli zgodni, że trzeba znaleźć lokum dla babki, mat­ki i dla mnie. Nikt nie miał wątpliwości, że prędzej czy później się odnajdę. Zaczęto rozpatrywać możliwości mieszkania nu­mer 6 na pierwszym piętrze, naprzeciwko biura. Dwa frontowe pokoje po lewej stronie korytarza zajmowała Józefa Rusinkowa, z córkami Basią i Magdusią. Czekały na powrót męża i ojca, Michała Rusinka, popularnego przed wojną pisarza, autora takich powieści jak Burza nad brukiem, Człowiek z bramy, Pluton Z Dzikiej Łąki, Ziemia miodem płynąca. Rusinek brał udział w po­wstaniu warszawskim. Po powstaniu został wywieziony do obo­zu koncentracyjnego Mauthausen, stamtąd do innych obozów. Już wiadomo było, że żyje, że wraca. Opisał później swoje losy powstańcze i obozowe w książce Z barykady w dolinę głodu.

W kolejnym frontowym pokoju, najmniej komfortowym, bo pozbawionym wyjścia na korytarz, co skazywało lokatorów na przechodzenie przez cudze pomieszczenia, osiedliła się Janina Brzostowska – poetka, z synem Witkiem, który dziś nazywa się Witold Brostow i jest profesorem na Uniwersytecie Północnego Teksasu. Oni także przeżyli powstanie w Warszawie.

„Pokój kąpielowy” szybko stracił swój luksusowy charakter, bo lokatorzy wstawili tam szalki gospodarcze, kuchenkę elek­tryczną i ciągle coś gotowali, co utrudniało korzystanie z innych funkcji pomieszczenia. Przedwojenną kuchnię przerobiono na mały pokoik z widokiem na podwórze i na śmietnik, z którego zawsze wysypywały się góry cuchnących odpadków. Zakwatero­wany tam został twórca krakowskiej awangardy Tadeusz Peiper. W roku 1939 uciekł z Krakowa przed Niemcami na Wschód, bo groziły mu represje z powodu żydowskiego pochodzenia. Lata wojny spędził w Rosji. Kiedy wrócił do Krakowa, jego rodzin­ny dom na Podgórzu od dawna był w cudzych rękach, a on sam cierpiał na manię prześladowczą. Omijał „pokój kąpielowy” du­żym lukiem, bo był przekonany, że jego prześladowcy wdmu­chują truciznę w rury prowadzące do starego pieca gazowego Junkers. Bezpieczniej czuł się w biurowej toalecie.

Jak to się stało, że najlepszy w całym mieszkaniu pokój, z własną łazienką, przydzielono matce? Stał pusty i czekał? Nie­możliwe. Musiały nastąpić jakieś przetasowania, kogoś gdzieś przeniesiono. Czyjaś dobra wola sprawiła, że to miejsce stało się naszym nowym domem.

Lokatorom przydzielano poniemieckie wyposażenie pokoi. Zachował się kwit, który je wylicza. Pochodził z niemieckiej pral­ni, która mieściła się podczas okupacji w piwnicach kamienicy. Po jednej stronie karteluszka wydrukowana jest lista odzieży przyjmowanej do prania.

Oberhemden.

Taghemden.

Nachthemden.

Schlafanzuge.

Unterhosen.

Schlupfer…

Po drugiej – papier był wtedy na wagę złota – wyszczegól­niono sprzęty znajdujące się w pokoju. „Szafa jasna trzydrzwiowa. Stół kwadratowy. Trzy krzesła wyściełane. Skrzynia jasna. Kanapa sprężynowa. Stół jasny, podłużny. Lustro w ramach. Lampa wisząca z umbrą”. Na dole pieczątka Związku Litera­tów i potwierdzenie odbioru. Proste jesionowe meble, ani ład­ne, ani brzydkie, okazały się dość trwałe i służyły mieszkańcom domu przez wiele następnych lat. Może gdzieś istnieją do tej pory? Gorzej było z pościelą, bo Niemcy, uciekając, zabrali ją ze sobą. Nowych lokatorów przed zamarznięciem uchronił przy­dział kołder i koców z UNRRA. Poduszki, poszwy, prześcieradła, ręczniki wyżebrał od znajomych krakusów nieoceniony Tade­usz Kwiatkowski. Poniemiecka sprężynowa kanapa nie pomieściłaby dwóch osób, więc matka wyprosiła jeszcze tapczan dla babki.

Kwiatkowski, który ciągle rozporządzał konspiracyjnymi funduszami na zapomogi dla pisarzy, wręczył matce jakieś pie­niądze. Któraś z obecnych w biurze pań zaprowadziła ją na „tandetę” – tak nazywano krakowski targ ze starzyzną na Ka­zimierzu. Kupiła tam dla babki przyzwoity kapelusz, płaszcz, obuwie i laskę. Wiedziała, że starsza pani, pojawiając się na scenie w ostatniej odsłonie swego życia, zechce wyglądać god­nie. Teraz mogła sprowadzić ją z Leszczyny.