fbpx
De Revolutionibus, znany też jako De Revo, to księgarnia, w której siedem dni tygodnia to zdecydowanie za mało na ilość rodzących się tam bez przerwy pomysłów i organizowanych cały rok wydarzeń. O księgarni opowiadają Barbara Cichy z De Revolutionibus oraz Wojciech Bonowicz, stały bywalec.

Wojtek siedzi przy tym samym stoliku, przy którym spotkałam go po raz pierwszy – wtedy mówił o swojej książce poetyckiej, teraz popija kawę. Basia krząta się jeszcze chwilę, jakby była we własnym domu, wręcza mi „Zielonego wędrowca” dla mojej dwumiesięcznej córki, która również miała być dziś z nami. Jesteśmy tu u siebie. Po chwili rozmowy Wojtek stwierdza nawet: „tu jest salon!”.

Sabina Misiarz-Filipek: Wojtku, kiedy byłeś tu pierwszy raz?

Wojciech Bonowicz: A żebym ja to pamiętał! Kiedy to się otwierało?

Barbara Cichy: Drugiego października dwa tysiące trzynastego roku.

WB: Więc mogę spokojnie powiedzieć, że byłem tutaj trzeciego października dwa tysiące trzynastego.

SMF: Skąd wiedziałeś, kiedy masz przyjść?

WB: Wiedziałem, że księgarnia się otworzy, rozeszła się informacja, że Fundacja Kopernika będzie miała własne miejsce tego typu. Wszyscy byli ciekawi, jak to będzie wyglądać.

BC: A data była nieprzypadkowa, bo dokładnie pięć lat wcześniej, inaugurację miało Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych. Więc nazwa księgarni jest znacząca.

SMF: A kto ją wymyślił?

BC, WB: Ksiądz profesor Michał Heller!

WB: Dlatego jest taka prosta, łatwo wpada w ucho i szybko się zapamiętuje! Ale napisz proszę, że mówimy „De Revo”.

BC: A co poniektórzy mówią nawet „De Re”.

SMF: A wiecie, w jakich okolicznościach powstał pomysł na nazwę?

WB: Ksiądz profesor po raz siódmy czytał dzieło Kopernika, żeby sobie przypomnieć, co tam jest napisane. A tak poważnie – prof. Heller cały czas siedzi w historii nauki, więc nazwa do niej nawiązuje. A że fundacja ma Kopernika w nazwie, to co tu wymyślać? Jak go znam, to miał być w tym z założenia element humorystyczny – no, żeby to miejsce miało obroty! Więc dlatego – „O obrotach”. U niego zawsze wszystko musi mieć humorystyczny kontekst, więc nie wierzę, że to przypadek.

BC: Z drugiej strony, nazwa idzie nieco pod prąd. Niekoniecznie łatwa, niekoniecznie krótka. Wielu klientów kojarzy nas też rewolucyjnie i myślę, że, jeżeli chodzi o istotę naszej działalności na rynku księgarskim i na rynku książki, te konotacje są jak najbardziej uzasadnione.

SMF: Macie poczucie misji?

BC: Nie lubię takich wielkich słów i wydaje mi się, że od misyjności bym tutaj jednak uciekała. Chodzi o to, żeby po prostu promować dobrą literaturę.

WB: Dzisiaj to już nawet nie chodzi o samą promocję, ale o to, żeby było gdzie kupić. Bo problem jest taki, że w większości księgarni tej ambitnej literatury kupić nie można. Nawet jeśli niektóre księgarnie mają literatą naukową, to ciężko znaleźć tam poezję czy książki z dziedziny sztuki. Jednak De Revo stara się – po paru miesiącach błędów i wypaczeń (śmiech), gdy koncentrowało się wyłącznie na literaturze naukowej – prezentować możliwie szeroką ofertę.

SMF: Od nauk ścisłych po humanistykę.

WB: Tu jest bardzo dobry dział naukowy. Jeśli chodzi o, dajmy na to, filozofię nauki, jest tutaj właściwie wszystko, co zostało wydane po polsku. Nie ma drugiej takiej księgarni – nie wiem, czy w Polsce, ale na pewno w Krakowie. Jeżeli szukasz jakiejś źródłowej pracy danego filozofa i wiesz, że była ona wydana po polsku, to znajdziesz ją tu na półce. Co niekoniecznie jest normą w innych księgarniach: muszą to ściągać itp. Są też oczywiście wszystkie książki Copernicus Center Press, bo to jest także księgarnia firmowa. A my siedzimy teraz w tej części, która jest taką częścią, powiedzmy, literacką. Patrzy na mnie z półki książka z zachęcającym tytułem „Gówno się pali”. To są takie tytuły, co to Basia lubi…

BC: To jest literatura czeska! Petr Šabach. Bardzo fajne małe wydawnictwo o nazwie Afera.

Cały czas się rozwijamy. Na przykład z poezją nie było nam na początku tak do końca po drodze. Dobra księgarnia nie powinna patrzeć tylko na obroty. Poezja, która jest znikającym z półek księgarskich rodzajem literatury, zyskuje u nas trochę czułości.

SMF: A co was popycha do rozszerzania oferty? Przychodzą klienci i się czegoś domagają?

BC: To jest taki naturalny proces. Nie da się od razu stworzyć idealnej księgarni. W jakimś stopniu odpowiadamy na potrzeby klientów. Te potrzeby się zmieniają, zmieniają się sami klienci, przychodzą nowi. My poznajemy natomiast nowe wydawnictwa, nawiązujemy nowe współprace itd. Staramy się omijać wielkich dystrybutorów, pracować z małymi niezależnymi wydawcami.

SMF: Wojtku, a ty przychodzisz tutaj pracować, czy poodpoczywać?

WB: Lubię się tutaj umawiać, jest fajna atmosfera. Są książki, ale to także kawiarnia, więc można się czuć swobodnie, nie musimy rozmawiać szeptem.

SMF: I nie ma głośnej muzyki.

BC: Nie wyobrażam sobie tutaj głośnej muzyki, która uniemożliwiałaby pracę. W końcu część klientów rzeczywiście przychodzi tutaj pracować.

WB: Jest też bardzo wygodnie – często spotykam się z kimś, kto też zajmuje się literaturą, mogę sobie wtedy od razu sięgnąć na półkę. Spotkałem się tutaj ostatnio z tłumaczką literatury polskiej na język francuski i mogłem jej po prostu wszystkie książki przynieść.

SMF: Czujesz się tu jak w swojej domowej biblioteczce?

WB: Nawet lepiej!

SMF: A jak to wyglądało na początku?

WB: Na początku, jako kliencim nie wiedzieliśmy jeszcze za bardzo, jak to będzie wyglądać. Przeważały książki z nauki, filozofii i wydawało się, że to będzie taka księgarnia specjalistyczna. To nie było wcale złe, ale oznaczało, że De Revo może stać się miejscem typowo środowiskowym. I to „środowiskowym” w wąskim tego słowa znaczeniu.

BC: A jednak ideą prof. Michała Hellera było zawsze wyjście ku innym, w szczególności ku ludziom spoza środowiska stricte naukowego, dlatego jest u nas tyle różnych spotkań popularyzatorskich. Są „Granice nauki” co środy, są „Rozmowy przy kawie”, podczas których prof. Heller spotyka się z naukowcami, matematykami, fizykami.

SMF: To nie jest taka znowu powszechna inicjatywa, żeby łączyć nauki humanistyczne ze ścisłymi. Jesteście pionierami.

BC: A z drugiej strony – ludzie zajmujący się naukami ścisłymi, czy w ogóle nauką, są najczęściej ludźmi czytającymi literaturę piękną. Sztywny podział, jak mi się wydaje, nie jest potrzebny.

WB: Festiwal Kopernika obejmuje różne dziedziny, z literaturą i muzyką włącznie. Księgarnia jest więc odbiciem tej idei. Bardzo dobrze by było, żeby to działało w dwie strony. Basia powiedziała, że przecież ci uczeni mają swoje zainteresowania literackie. Paląca potrzeba jest odwrotna – żeby humaniści się trochę dokształcili z nauk szczegółowych! Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że dystans pomiędzy tym, co się zazwyczaj o świecie wie, a tym, co wiedzą naukowcy, jest ogromny. Trzeba zrobić wszystko, żeby ten rozdźwięk pokonywać, żebyśmy my jako humaniści wiedzieli dużo więcej. Weźmy na przykład współczesną fizykę: obraz świata się zmienił, a my ciągle jesteśmy przy Newtonie pod drzewem. Czytamy współczesne powieści, a przecież one też wyrastają z tej nowej sytuacji nauk szczegółowych. Nie muszę nawet przywoływać takich sławnych nazwisk jak Joyce czy, w naszych czasach, Houellebecq.

SMF: Zacząłeś od swojej wewnętrznej potrzeby, żeby się dokształcać. Czy to się przydaje do literatury?

WB: Nie umiem powiedzieć, czy to się przydaje i przekłada, czy nie. Słyszałem, że od czytania książek naukowych można stracić słuch poetycki, ale nie wiem, czy tak jest. Wydaje mi się, że każde poszerzenie wyobraźni jest jednak pożyteczne.

SMF: Zdarzało wam się tutaj obserwować starcia humanistów i ścisłowców (albo w nich uczestniczyć)?

WB: Starć nie pamiętam, ale często jest tak, że gdy rozmawiają tutaj fizycy, a humaniści słuchają, to my słyszymy co innego, niż oni mówią. Pierwsze z brzegu pojęcie: gdy oni mówią o relacji, mają na myśli coś zupełnie innego, niż nam przychodzi do głowy. Musimy się więc nauczyć innego definiowania pojęć. To jest dla pisarza bardzo przydatne, poszerza jego słownik.

SMF: A widzicie szanse na rozhermetyzowanie środowisk? Na spotkaniach literackich też bywa hermetycznie.

WB: O ile na „Rozmowy przy kawie”, spotkania poświęcone nauce, przychodzą ludzie różnych dyscyplin, to na literackie przychodzą głównie ci zainteresowani literaturą. Często „krewni i znajomi Królika”. Jak jest pisarz rumuński, to stawiają się w komplecie tłumacze literatury rumuńskiej, jak węgierski, to węgierskiej i tak dalej. To jest ograniczenie, które było dostrzegalne w życiu kulturalnym już wcześniej i bardzo trudno jest je pokonać. Nie ma innego sposobu niż sprawienie, że te imprezy będą na siebie „nachodzić”. Na przykład: przychodzisz na Hellera, więc dostaniesz od razu ulotkę informacyjną, że jest jeszcze taka i taka możliwość. To jest pierwszy krok w stronę zmiany. Gośćmi Festiwalu Kopernika są jednak również pisarze. Księgarnia jest tutaj częścią pewnego programu, który też się zmienia. Basia w ten program wprowadziła literaturę dziecięcą.

BC: Działamy od dwóch lat i to ciągle jest jeszcze początek, jeśli chodzi o budowanie środowiska.

WB: Bo co to dzisiaj jest „środowisko”? Jest oczywiście grupa ludzi, którzy się tutaj stale spotykają i ja też do nich należę, bo tak się moje losy układają, że coraz ściślej współpracuję z Fundacją Kopernika. Pewnie ta współpraca się jeszcze rozwinie, bo Fundacja chce współpracować z pisarzami. W tym sensie jestem częścią środowiska, ale środowisko można też rozumieć inaczej. To raczej nie okrąg, ale takie słoneczko – ludzie napływają z różnych miejsc, nie zawsze zostają na długo, ale wiedzą już, że to jest adres, pod którym dzieje się coś ciekawego.

SMF: Rozejrzyjmy się po półkach…

BC: …Nie robiłam porządków.

WB: Ten lekki chaosik jest pożyteczny. Te półki dobrze odzwierciedlają rozmaite mody intelektualne, kręgi zainteresowań, obszary tematyczne, które ludzi fascynują. Mamy kącik czeski i jest pewna grupa czechofilów, tutaj kącik historyczny, tutaj literatura dziecięca i jest jakiś fanklub literatury dziecięcej, do którego należą często ludzie, którzy sami już dzieci wychowali, ale obserwują, co się dzieje w tym obszarze książki.

BC: Nie ma tutaj porządku alfabetycznego – momentami się pojawia, a potem zanika. Pewien porządek chronologiczny jest, kiedy pojawia się literatura piękna, ale poprzedza ją półka z Czechami, z Karakterem, Wiatrem od morza. Są wszystkie moje ulubione wydawnictwa, które postanowiłam połączyć razem, bo wydaje mi się, że wszystkie wyszły z jakiejś niszy i wydają świetną, ambitną literaturę, co teraz nie jest ani oczywiste, ani łatwe.

WB: Cała piękna Polska się tutaj odbija, bo mamy tu zarówno pozycje z Krytyki Politycznej, jak i świetne książki z zakresu teologii czy duchowości. To jest miejsce takiego pluralizmu, do którego się tęskni. Dla mnie środowisko jest ciekawe, jeśli nie jest zamknięte. Zresztą profesor Heller zaraz by nam zrobił wykład na temat tego, że wszystkie układy zamknięte się degenerują. Że jak nie ma dopływów energetycznych, to nie ma szans, żeby środowisko się rozwijało – entropia… Właściwie, to by był pomysł na nazwę księgarni! Mówię to trochę żartem, a trochę ze smutkiem, bo większość księgarni, które się teraz obserwuje, można by nazwać „Entropia”. To miejsca, które zjadają własny ogon. Oferują coraz gorszą literaturę, utrudniając dostęp do coraz lepszej, ergo – odpychają pewnego rodzaju czytelnika, który chce dorastać z książką. A to jest księgarnia, która go wciąga, która sprawia, że może się zainteresować jeszcze jakąś dziedziną, która mu wcześniej nie przyszła do głowy.

BC: Chciałabym jednak bronić krakowskich księgarni. Jest parę miejsc, których charakter jest siłą rzeczy odmienny od naszego, ale w pewnym sensie unikalny, mimo że koncentrują się na jakimś wycinku oferty książkowej.

WB: Bardzo charakterystyczne jest to, że wszystkie księgarnie, które profilowały się coraz bardziej komercyjnie, w końcu upadały. To jest nieuchronny proces degeneracji. Jeśli się sprzedaje taką książkę, którą można kupić wszędzie, to nie ma się lojalnych czytelników. Nie wiem… ilu lojalnych czytelników masz Basia?

BC: Zaraz sprawdzę, wyciągam swój zeszycik!

WB: Stopień trudności jest jednak duży. Kiedy masz bogatą ofertę, to ona się wcale tak szybko nie sprzedaje! Ale z drugiej strony – przywiązuje do siebie ludzi.

SMF: Jak to się robi, żeby miejsca jak to nie znikały?

WB: Trzeba mieć książki – różne i dużo.

BC: Księgarnia musi być też obudowana innymi projektami. Chociażby to połączenie księgarnio-kawiarni. Bez spotkań – i tych naukowych, i literackich – byłoby bardzo ciężko. Oferujemy nie tylko książki.

WB: Odbywają się tutaj też Dni Tischnerowskie, mogę to powiedzieć jako współorganizator. I różne inne imprezy związane z Tischnerem. Choć filozoficznie Tischner i Heller to są różne szkoły, to prywatnie się przyjaźnili. A zaraz obok jest Uniwersytet Papieski, gdzie obaj przez lata wykładali. Trochę tej publiczności tischnerowskiej już tutaj zostało. I identyfikują De Revo jako swoje miejsce.

SMF: Basiu, doradzasz klientom?

BC: Oczywiście, to jest największa satysfakcja, jeśli te moje rady okażą się trafione. Zwłaszcza, jeśli ktoś wraca i nadal chce korzystać z mojej pomocy.

SMF: A nie jest tak, że klienci już wiedzą, czego chcą?

BC: Klienci coraz częściej kupują w internecie, gdzie cena jest o jedną trzecią niższa. Najczęściej kupują to, co już wcześniej obejrzeli w księgarni.

WB: Trzeba sobie uświadomić, że księgarnia to jest miejsce, gdzie się książkę pokazuje. Można ją obejrzeć, przekartkować i za to też trzeba zapłacić, jak za miejsce w kawiarni.

BC: Czasami trudno tę świadomość wzbudzić. Zwłaszcza, kiedy ktoś przychodzi i mówi, że poczeka, aż książka będzie o pięćdziesiąt procent tańsza za pół roku albo kupi ją sobie w internecie. Wiele osób nie ma świadomości, że na cenę okładkową książki składa się trud wielu osób – ktoś odpowiada za typografię, ktoś odpowiada za projekt graficzny, ktoś inny za ilustracje. Niektórym się wydaje, że my księgarze ustalamy sobie ceny książek wedle dnia i humoru. I tutaj przechodzimy do wielkiej debaty cenie książki. To jest temat trudny, niejednoznaczny, jestem ciekawa zdania Wojtka. Zasada jest taka, że przez rok od ukazania się książki sprzedajemy je cenie okładkowej. Nie wiem, czy biblioteki mają jakiś rabat, ale to jest chyba wyjątek.

WB: Są też takie argumenty, że książkę powinno się traktować jak towar pośród innych towarów i wszędzie powinny obowiązywać te same zasady. Mnie się jednak wydaje, że książka jest takim dobrem szczególnym, zagrożonym. Nie wszystkie czynniki związane z jej sprzedażą podlegają prawom ekonomii, niektóre są związane np. w wykształceniem, rozwojem różnych dziedzin. I tak od pewnego czasu książka cieszy się specjalnym traktowaniem na rynku, np. VAT jest inny. Przeciwnicy mówią, że to nie zmniejszy zapędów wydawców, którzy będą chcieli zarabiać dobrze, dużo i szybko, regularnie podnosząc ceny. Ale obecna sytuacja rzeczywiście nie jest normalna. Nieraz cena jest wyższa tylko po to, żeby potem dać duży upust.

BC: Nowa ustawa ma zagwarantować, że wydawcy nie będą windowali sztucznie cen, mając w głowie rabaty, które muszą dać wszystkim dużym sieciom. Z czasem ceny trochę się obniżą.

WB: Teraz rynek działa tak, że mechanizmy sprzyjają działaniu dużych sieci przeciwko małym księgarzom. Są ekonomiści, którzy twierdzą, że tak jest dobrze, bo ocaleć powinno jedynie najsilniejsi. Nie wiem, co by nasi biologowie ewolucyjni powiedzieli na ten temat. W każdym razie ja się z tym nie zgadzam – są takie towary i dobra na rynku, które trzeba traktować szczególnie.

BC: Niektórzy mylą dyskusję wokół ustawy o stałej cenie książki z debatą o poziomie czytelnictwa. A to są dwie różne sprawy. Ustawa pomogłaby unormować sytuację i stworzyć warunki wspierające rozwój czytelnictwa. Chociaż czasami mój lekko anarchizujący duch burzy się na taką ingerencję państwa, to upewniam się, co do słuszności ustawy, kiedy kolejny klient pyta: „A może jakiś rabacik będzie?”.

SMF: Rabaciku nie będzie, ale nie ma też agresywnej promocji, która wszędzie nas atakuje.

BC: Nie chcemy robić stosów i agresywnie sugerować, co jest obecnie w TOP 10. Do każdej książki podchodzimy bardzo indywidualnie i staramy się z nią zapoznać.

WB: Tak, to jest plus, że nie wieszają tutaj plakatów, nie stawiają skrzynek z książkami, tylko to jednak ma taką formę salonu. Jest miejsce, jest przestrzeń, jest pewien oddech. Można się na spokojnie zastanowić nad książką. Powinniśmy się też uczyć pewnej higieny czytania. Dzieci nie chcą czytać właśnie dlatego, że nie są jej nauczone. Typowy salon książki wygląda jak skład handlowy. Jest taki skecz: „Witamy Państwa w salonie książki! Przypominamy, że w tym tygodniu obieraczki do ziemniaków 6,99 zł”. Tak dziś wyglądają salony. Prawdziwy salon jest tutaj. Można zamówić kawę, ale w centrum uwagi jest książka.

Fot. Kamila Zarembska

Wpisz szukaną frazę: